Kultowo po polsku

512101i Już sam Rej mawiał, że Polacy nie gęsi i swój język mają, i to nam pozostało. To znaczy i język, i gęsi. Bo Reja już niestety z jego trzeźwym i rubasznym nieco spojrzeniem na otaczającą go rzeczywistość nie ma. Ciekawe, jak by się zapatrywał na obecny proces ubogacania języka polskiego o różnego pochodzenia nowości. Może nie jestem Miodkiem czy Bralczykiem, fachowcami od języka, nie jestem nawet profesorem Zinem, który pięknie mówił po polsku nie będąc dyplomowanym językoznawcą, ale pozwalam sobie mieć własną opinię o lansowanych nie tylko nowych lub tylko nowawych słowach, czasem nawet sam bym je chętnie tworzył z uwagi na ich trafność ( użyte słowo „nowawe” miałoby znaczyć „takie trochę nowe”). Może nawet wydałbym tanią książkę – Nowawe. Takim nowawym słowem, dobrze znanym już wcześniej i stosowanym wcześniej w zupełnie innych okolicznościach, jest słowo „kultowy”. Jego znaczenie jeszcze w latach szalejącego komunizmu odpowiadało temu, czemu powinno odpowiadać; kultowtym był taki Rejs, ale zasłużył na to miano dzięki swojemu poziomowi i popularności, dzięki wejściu w społeczny obieg jego zawartości językowej, i to było zgodne ze znaczeniem słowa „kultowy”. Dzisiaj kultowym jest obwoływany przez media film jeszcze przed ukończeniem zdjęć, i cała ta medialna wrzawa kończy się klapą, jak w wypadku Bitwy Wiedeńskiej. Tak samo – kultowa może być syrenka z roku 1967, albo z tegoż roku Ford Mustang, natomiast na pewno nie jest kultowym Fiat 500, no, chyba że też z roku 1967 lub jego pobliżu, i nie jest nim też nowy Mustang, wyprodukowany w tysiącach egzemplarzy. Tak, że jeśli ktoś mi mówi o czymś że jest „kultowe”, to nie pozostaje mi nic innego jak grzecznie unieść brew w geście pytająco-zadziwionym, niech interlokutor myśli co chce. Może kiedyś zrozumie, o co w tym chodzi. Pozostawiam tu osobnej ocenie całą obszerną nowomowę młodzieżową, z racji wieku nie jestem na bieżąco. Jestem natomiast przeciwny zmianom językowym narzucanym nam z tytułu politycznej poprawności, aż do ocierania się o śmieszność. Chodzą słuchy, że aby być bardziej światowym, nie powinno się mówić Murzyn czy też czarny. No dobra, Afroamerykanin może być, ale jak określić przedstawiciela czarnej rasy, jeśli zamieszkuje on Afrykę? A jak, jeśli ma adres w Australii? A jak mieszkańca Afryki o białej skórze? I dobrze, że nie wybrano na papieża jednego z  przepowiadanych kandydatów o innej barwie skóry, bo problem wybuchnąłby już na skalę światową. A zresztą – co jak tak daleko!!
Po prostu podchodźmy ostrożnie do słów zbyt wyegzaltowanych. I tyle!

Niedługo koniec roku szkolnego. Gimnazjaliści już po egzaminach, maturzyści lada dzień także. Nikt nie będzie myślał o szkole przez kilka miesięcy. Oczywiście – nie wliczając w to rodziców, którzy już teraz zastanawiają się, gdzie nabędą podręczniki szkolne.

Jak co roku, największym 1194985953459004817books-aj.svg_aj_ashton_01.svg.hidylematem jest cena kompletów podręczników. Ta potrafi być różna w wielu miejscach. Tak się składa, że pracuję w księgarni w jednym z średnich miast Polski i obserwuję co roku pewną regułę. Wielu ludzi przychodzi do nas do sklepu po cenę kompletu do wybranej klasy. Spisują cenę, po czym ruszają niczym lemmingi w miasto szukając po wszystkich innych konkurencyjnych księgarniach tańszej oferty. Nie znajdują jej oczywiście, więc wybierają jedną z dwóch innych dróg:

  • Wracają do nas i kupują w naszej księgarni
  • Szukają w Internecie, wybierają najtańszą ofertę z odbiorem osobistym… i odbierają w naszej księgarni

Wiadomo, że cena jest najważniejszym kryterium przy wyborze podręczników. Podręczniki są tylko jedną z części wydatków, które trzeba ponieść, wyposażając dziecko na wrzesień w niezbędne rzeczy. Inne tzw „must have”, to oczywiście piórniki, plecaki, zeszty, a także jakieś nowe ubranka, by dzieci mogły się w szkole lansować, itp itd. Często jeszcze dochodzą comiesięczne koszty dojazdów dziecka, czy stołowania się w szkolnej stołówce.
Tak na marginesie – pamiętam swoją stołówkę z dzieciństwa – była rewelacyjna, chociaż nie jadałem tam często… nawet ta na Politechnice nie mogła się równać smakiem i jakością jak ta w mojej szkole podstawowej. Szkoda, że nie serwują dań na wynos 😉

Wyżej wspomniany proceder szukania zakupowego obserwuję już od wielu lat (startowaliśmy w 2004 roku) i każdego roku powtarzam wszystkim to samo. Nie warto szukać, najtańsze podręczniki szkolne (nie wszystkie, ale większość) znajdziecie od wielu lat w księgarni Godi.pl. Potwierdzają to nasze wewnętrzne badania, jak i sami Klienci – którzy opowiadają zarówno nam jak i wielu porównywarkach cenowych i systemach opiniotwórczych. Zapraszam w swoim imieniu do nas na zakupy.

Konklawe po polsku?

Tak na szybko: nie zmieniało się za mojego świadomego życia zbyt wielu papieży, i nie pomnę bez wspomagania pamięci zapisami faktografów, jak długo tych poprzednich wybierano, ale wydaje się mi, że tym razem poszło to wyjątkowo sprawnie. I aż żal człowiekowi, że równie sprawnie nie idą sprawy w naszym kraju. Sprawnie i prędko to się u nas grabi do siebie, oczywiście grabi ten, kto ma możliwość, i ma co grabić. I nie chodzi tutaj o liście na działce, chociaż jak znam życie, to i te można opodatkować, ewentualnie przejąć na mocy ustaleń… Jakoś ostatnio zrobiło się sporo takich przypadków, w których dochodzi do jawnej grabieży lub zagrabienia. Przy czym grabiący nie odpowiadają za swoje grabie, za swoje metody, bo to oni oceniają i przydzielają, oni sprawdzają i osądzają sami siebie nawzajem. Powstało w naszym kraju zupełnie bezwstydne, i do tego wyposażone w spore możliwości towarzystwo wzajemnej adoracji, którego członkowie zdają sobie doskonale sprawę z tego, że nie ma na nich bata, i korzystają z tego do maksimum – a to premia w wysokości rocznych dochodów Kowalskiego, a to premia w wysokości dwudziestoletniej przeciętnej pensji, a to uznanie za normalne bezkarne zagrabienie oszczędności emerytki… jaki kraj takie obyczaje. 

Oczywiście, grabiący zdają sobie sprawę, że powoli przeholowują, więc rzucają gawiedzi ochłap: tak, będziemy mogli płacić mandaty (jak zechcemy), ale musimy to jeszcze zatwierdzić. Ale zatwierdzać będziemy dopiero latem! Ale możemy nie zdążyć! – i takie tam ble ble.

I tutaj chciało by się zrobić tak, jak w Rzymie: zamknąć całe grono na klucz, i zostawić o chlebie i wodzie w zamknięciu do czasu uchwalenia tego, co powinni, a może i dłużej, aż do uchwalenia zasad elementarnej przyzwoitości. Takie nasze konklawe – pomysł o kilkuset letniej tradycji,zrodzony z powodów, które i nam są coraz bliższe.

A więc – obywatele?

DZIEN KOBIET CZY DLA KOBIET?

Z żalem zauważam od ładnych kilku lat postępującą deprecjację wszystkiego, co komuś tam kojarzy się z komuną. Tyle tylko, że niektórym wszystko się kojarzy z d..awnymi czasami, i wszystko to wrzucają uporczywie do jednego worka, byle odsunąć od narodu to, co według owych niektórych powinno być zakazane. Przy czym tłumaczenie
powodów tego odsuwania trąca najczęściej zakamuflowaną indoktrynacją, z lekka tylko przykrywaną zatroskaniem o los tych nieświadomych niczego ludzików. No i nawet niekiedy im się to udaje. Dzisiaj obchodziliśmy Dzień Kobiet. Od czasu upadku komuny ten dzień jest przez nasze „elity” spychany do śmietnika historii, a sposób jego świętowania za czasów komuny konsekwentnie wyśmiewany, łącznie ze sławnym kwiatkiem, paczką kawy z funduszu rady zakładowej,pudełkiem rajstop. No, dzisiaj to rzeczywiście śmiechu warte, zresztą i wtedy część pań miałaby nieco inne oczekiwania, niemniej pamiętajmy, że nie chodziło wówczas o wartość materialną tego prezentu, z racji masowości występowania pracownic w różnych zakładach nie było takich możliwości finansowych w dość zgrzebnym przecież ustroju, ale i dzisiaj nikt nie rozdaje kobietom bukietów ze storczyków ani nie obdarza tysiąca zatrudnionych w firmie pań flaszką Chanel piątki. Zresztą – z reguły ten tysiąc kobiet w większości stoi po pracę w pośredniaku. Ale- nie o tym chcę tu pisać. Młodsi wiekiem raczej nie pamiętają rzeczywistości, jaka działa się w małych miastach, miasteczkach i wioskach, i nie ma im kto tego przybliżyć, bo większość opiniotwórczych dziś osobistości raczej wywodzi się z dość oddalonych od przeciętnych wówczas warstw.
W powojennej Polsce podział ról odgrywanych w rodzinie przez obie płcie
był że tak powiem dość tradycyjny – kobieta miała zajmować się domem i nie podskakiwać mężowi; gdyby nie komuna i jej raczej antyklerykalne podejście, przypisano by jej jak w Niemczech trzy KKK – kuchnia, kościół i kinderki. W naszych warunkach i tych dwóch K bywało zadość, tym bardziej, że podział ról w podprzeciętnej rodzinie bywał sztywno określony: facet miał prawo wypić, kobieta miała dbać o zagrychę. A jak nie dbała – to trudno, jej wina! I tutaj właśnie można znaleźć jedną z większych zasług komuny. Dzięki tym wyszydzanym radom zakładowym, dzięki kawkom wydawanym w stołówkach i świetlicach, po iluś latach część wracających na fazie facetów zrozumiała, że dla kobiety również można zrobić coś, co jej sprawi małą satysfakcję; że narąbany jak katiusza – bo pershingów jeszcze nie było – po świętowaniu Dnia Kobiet w męskim gronie książę małżonek przed powrotem do domu uprzytamniał sobie, że musi jeszcze kupić tulipanka dla małżonki, a niejeden nawet i wracał szybciej i bezpośrednio do domu. Miałem okazję dość świadomie żyć jeszcze w tamtych czasach, i dzisiaj, po kilkudziesięciu latach obserwacji i wyciągania wniosków, mogę stwierdzić, że dwadzieścia parę gdzieś lat schyłkowej komuny pomimo wszystkich braków i błędów na szczeblu państwowym, dla równouprawnienia i poszanowania kobiet zrobiło więcej niż dzisiejsze szumne, bzdetne i tandetne czasami poczynania rozmaitych kręgów, które bardziej dbają o siebie, niż o ogół kobiet. Wówczas skok cywilizacyjny piękniejszej płci naszego społeczeństwa był mniej okrzyczany, ale wyraźniejszy. Fakt, że dla osób obserwujących życie dopiero od dwudziestu lat, nie jest on widoczny- dla nich jest to pozycja wyjściowa, jaka pewnie była „od zawsze”. Większy horyzont czasowy obserwacji daje dużo lepsze rozeznanie w ocenie dokonań, więc – niech żyje wiek dojrzały i wszystkie piękne Panie!

Wielkanoc inaczej?

760960_33922512Cały długi szereg świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy już za mną, nadchodzą kolejne dwa dni Wielkanocy. W tym roku chyba Wielkanoc będzie bardziej zimowa niż Boże Narodzenie, rzadko się to niegdyś zdarzało. Niektórzy już żałują, że nie będzie śniegu na Wielkanoc, tak się przyzwyczaili. No, muszą wyjechać w góry, tam z pewnością jeszcze się go znajdzie. Przy okazji zanikną może trochę rozważania na temat wyższości jednych świąt nad drugimi. Zresztą – u nas w Polsce od lat poza zaangażowaniem w stronę religijną w stopniu większym niż zwykle w ciągu roku, oba święta obchodzi się dość tradycyjnie i podobnie – rodzinne spotkania przy stole, wzajemne odwiedziny, wyjazdy, rozmowy, hałas, harmider. Jakoś przyjmujemy to za normalne, oczywiste, i odstępstwem są raczej i rzadkością świąteczne zachowania odbiegające od tej normy. A już w ogóle dziwactwem byłby sposób świętowania, jaki po cichu marzy mi się od lat….na sposób Jana Sebastiana. Jest taki piękny wiersz, Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha, samo czytanie go na głos przynosi uspokojenie i ukojenie dla starganych nerwów dzisiejszego człowieka:

„Rodzina wyjechała do Hagen
Sam zostałem w tym ogromnym domu…
…Cóż to za rozkosz błądzić przez pokoje
z Panią muzyką we dwoje…
…A dzisiaj jest Wielkanoc. Dzwon rozmawia z dzwonem.
O, wesołe jest serce moje!…”

W starych szufladach są stare listy,
a w książkach zasuszone kwiaty,
jak to miło plądrować wśród starych papierów…

O, świąteczne godziny pełne złotych szmerów!
o, natchnienia jak kolumny złote! 0, kantaty!

Z całą pewnością nie każdy z nas posiadł umiejętność obcowania
z muzyką na poziomie Jana Sebastiana, ale istnieje tyle sposobów wyciszenia się i wewnętrznego uspokojenia, choćby dzięki technicznym możliwościom sprzętu grającego, że każdy chyba mógłby poczuć się niczym Jan Sebastian w tym wierszu, nawet jeśli zamieszkuje w nieco mniejszym domku, niż mistrz. A jeśli nie lubi muzyki, bądź jego ulubiony gatunek niezbyt nadaje się do wyciszania – i nie chodzi tu o skręcanie pokrętła głośności – to chcę zaproponować skorzystanie z pokrewnego środka na wyciszanie – literatury pięknej. Spokojnie usiąść z przygotowaną wcześniej książką w ręku przy kawie i kawałku babki czy sernika, przeczytać ją bez pośpiechu, w całości, bez odkładania na później, puścić łagodną muzykę, i rozkoszować się tą chwilą. Nawet, jeśli nie udało się nam wysłać rodzinki do Hagen lub gdziekolwiek indziej, możemy poczuć się przez chwilę kimś nieco większym i lepszym, niż nam się to normalnie na co dzień przydarza. Wszystkiego Najlepszego z okazji Świąt Wielkanocnych dla setek Janów Sebastianów Bachów!

Książki do gimnazjum

Co roku rodzice dorastających dzieci stoją zawsze przed problemem – gdzie kupić podręczniki do gimnazjum tak, aby portfel nie odczuł tego za mocno? Nie zawsze najtańsza oferta okazuje się najmniej problemowa, a różnice w cenach typu 2-3 zł zawsze można przełknąć. Poza tym co zrobić z podręcznikami z zeszłego roku? Wyrzucić na śmieci?

No właśnie – problem zagospodarowania starych podręczników jest stary jak świat. Za moich czasów, gdy tylko skończyła się szkoła, brało się te podręczniki w siatkę i szło na bazar, sprzedać. Wszystkie schodziły jak ciepłe bułeczki, a ja miałem na wiele porcji lodów przez całe lato… czyli jednak na coś ta cała wiedza zgromadzona w podręcznikach się przydała 😉
Teraz mamy ciut lepiej – nie musimy chodzić na bazar, mamy miejsca w Internecie, w których możemy bez problemu sprzedać książki naszych gimnazjalistów. Jednym z takich miejsc jest np dział książki używane, gdzie możemy samemu wystawić oczom odwiedzających serwis Godi.pl swoje książki. Nad poprawnością transakcji i jej bezpieczeństwem czuwa księgarnia.

Brak czasu na czytanie książek? Przychodzi z pomocą audiobook.

Należę do osób zabieganych, nigdy nie starcza mi doby – przecież te 7 godzin trzeba na spanie poświęcić, prawda? No właśnie. W zabieganym życiu ciężko o tę chwilę wolnego czasu, jaką poświęcało się w dzieciństwie na przeczytanie książki. Nie, nie mam na myśli obowiązkowych lektur, tylko te książki, po które sięgało się z ciekawości, z zainteresowania okładką lub opisem na ostatniej stronie.
No właśnie, a teraz? Dużo czasu spędzam w aucie, albo siedząc przed komputerem. Po wytężonej pracy trochę czasu dla rodziny, coś tam naprawić/poprawić w mieszkaniu (Ah te żony, ciągle coś znajdą…).
Na przeczytanie choćby małego fragmentu lektury nie starcza już sił. Czy jesteśmy zatem skazani na literaturową pustkę? Niekoniecznie. Przychodzi nam z pomocą coś takiego jak audiobook.

Co to takiego? W zależności od wersji, może to być audiobook cd lub audiobook mp3. To po prostu cyfrowa książka dostarczana na różnych nośnikach, płycie cd lub w postaci elektronicznego pliku mp3. Tak tak, mp3 to nie tylko muzyka. Czytane książki to oszczędność czasu  – możemy słuchać opowiadania czytanego przez znane osobistości, a w między czasie robić inne rzeczy. Zyskujemy czas, a dzięki temu, że książka jest nam czytana, inaczej (wg mnie pełniej) przeżywamy akcję.

Mało kto z nas czyta sobie książki na głos. Przecież tego uczą nas od pierwszej klasy  szkoły podstawowej. Czytania na głos. Audiobook, lub bardziej poprawnie po polsku – książka audio – umożliwia nam to bez specjalnego wysiłku. Tak słuchana książka oddziałuje na nasz zmysł słuchu, powoduje, że całość akcji staje się bardziej bliska, wydaje się taka rzeczywista. Czytanie książki samemu (zapewne w myślach, bo nie oszukujmy się – kto z nas czyta na głos?) nie daje takiego efektu. Polecam tego typu lekturę także z tego względu, że jest ona znacznie tańsza niż książka drukowana. Zwłaszcza, jeśli wybierzemy audiobooka mp3 – to tylko cyfrowa treść, nie wymagająca drukowania, magazynu, płyty cd, opakowania. Polecam ten typ książki z całego serca.

Robić za Parysa

Jakby kto nie wiedział, Parys to nie zniekształcona nazwa francuskiej stolicy, ale bohater jednej ze starszych powieści tego świata, Iliady. To tak gwoli obowiązku; sam pamiętam z jakimi oporami brałem się niegdyś za lekturę Iliady, i przyznaję się, że dopóki była obowiązkiem do przerobienia, nie budziła mego entuzjazmu. Teraz zresztą też nie wracam do niej choćby tak często jak do  Potopu, no  ale zdaję sobie sprawę, że większość dzisiejszych czytelników

ani tyle nie zdziałała przy tym poemacie. Otóż ten Parys był nie lada fidrygant

i babiarz,  poderwał sobie nieziemskiej ponoć urody  małżonkę znajomego, no

i porwał ją do swojej chaty. Dość daleko zresztą, ale  jednak nie za daleko, bowiem właściciel rzeczonej małżonki wespół z kumplami dorwał go i spuścił mu łomot, a jego wioskę za pomocą konia – konie jednak czasami komuś mogą pomóc, jak widać – puścił z dymem i torbami. Ot, cała historia, normalka,  u nas jeszcze i dzisiaj się na wsiach i nawet miastach takie coś przydarza. Pani ta zaś miała na imię Helena, a za przydomek Piękna. A że Polacy nie gęsi, to każdy z nas może być takim Parysem, jako że  również i my mieliśmy swoją Piękną Helenę, chociaż nie od razu na nią tak mówiono. Na początku nazywała się prozaicznie, Pm 36-2, i była laską jak się patrzy, pięknych krągłych kształtów,  z wysokim  podwoziem, ognistym sercem i kaprysami godnymi księżniczki. Z wiekiem nabierała urody, niezwykłości, stawała się obiektem pożądania jej wielbicieli. Najsłynniejsza polska lokomotywa parowa, najszybsza, jak dobre wino, im starsza, tym bardziej pociągająca.  Nie chodzi tutaj o jej technikalia, nie to miejsce. To ma być moje westchnienie w jej stronę,  w stronę tego, co pamiętam. Za młodu jeździłem pociągami ciągniętymi przez parowozy, i wcale nie było to takie niezwykłe; Piękna Helena jednak nie kursowała na mojej linii, pojawiała się tutaj znacznie później, gdy przyjeżdżała do mego miasta  od czasu  do czasu  na  przeglądy,  jednak nigdy nie jechałem

w jej pociągu . Wspaniale wyglądała ciągnąc też kilka razy specjalne pociągi turystyczne nad morze, zawsze zadawałem sobie pytanie – dlaczego ja nią nie jadę? No i w końcu stało się – umówiłem się na randkę z Piękną Heleną. Jak prawdziwa kobieta spóźniła się ponad godzinę,  a ja jak sztubak wyglądałem za nią niecierpliwie. W końcu przyjechała, została otoczona przez gęsty wianek miłośników, obfotografowana niczym gwiazda filmowa, no i ruszyliśmy. Przyznam, że sama podróż w zwykłym, typowym wagonie, nie była czymś nadmiernie ekscytującym. Ekscytacja pojawiała się, gdy na łukach było widać pracującą, buchającą dymem Helenę, słychać było jej gwizd i miarowe sapanie.  Na całej ponad dwustukilometrowej trasie, jaką pokonywaliśmy, z mijanych osób  po obu stronach torów, tylko jedna nie okazała zainteresowania przejeżdżającym parowozem, tylko ta jedna nie odwróciła głowy w jej stronę. Wszyscy inni traktowali Helenę i jej pociąg jako coś niezwykłego, przerywali zajęcia, pokazywali dzieciom,  machali w jej stronę rękoma,  Helena zaś pogwizdywała im w odpowiedzi. Nie wiedziałem, że ta pierwsza randka z Piękną Heleną będzie też ostatnią – bo choć wyjątkowej urody, jest jednak prawdziwą staruszką. Pokazała jednak klasę w stosunku do mnie, jej Parysa: dowiozła mnie późnym wieczorem do mojego miasta, i tam odmówiła dalszej jazdy. To była jej ostatnia podróż, raczej nie będzie więcej jeździć, z tego co wiem. Poczułem się jak ktoś wyjątkowy – wyjątkowo potraktowany przez kogoś wyjątkowego. Długo stałem na peronie przy lokomotywie, którą jeszcze maszyniści usiłowali pobudzić do dalszej jazdy; było coś magicznego w jej widoku, w cieple bijącym od jej kotła i żarze świecącym z paleniska, w syku pary puszczanej z przewodów, zapachu rozgrzanej oliwy i smaru, stuku starej parowej sprężarki, szumie dochodzącym z kotła. I było coś jeszcze, a raczej ktoś: mały Marcinek, lat dwa i pół, zresztą mój wnuczek, który z rodzicami przybył bardzo późnym wieczorem zobaczyć parowóz, którego dotąd tylko na You Tube oglądał. Wiem, że był pod wrażeniem, nie chciał iść do domu pomimo późna i zimna, Piękna Helena i na niego podziałała swoim urokiem. Ciekaw jestem, czy za kilka lub kilkanaście lat pozostanie mu coś z tego w pamięci, chociażby wrażenie czegoś niezwykłego, tego zapachu, ciepła i atmosfery, czego był świadkiem, czy zostanie malutkim Paryskiem?

Tapety na pulpit

Każdy z nas lubi, jak mu komputerek ładnie wygląda, prawda? Zwłaszcza jeden element jest wyraźnie gloryfikowany – to tapeta na pulpicie. Panie z banku, urzędnicy w biurze, wszyscy, którzy tylko w pracy siedzą przed komputerem, uważają częstą zmianę tapety za coś niemalże obowiązkowego. Ile można w końcu przerwę na kawę/ciastko przeznaczać na plotki z innymi współpracownikami? Czasem po prostu trzeba wyszukać i zmienić tapetę, aby koleżanki przychodząc na kolejną kawusię, mogły wydać ohy i ahy odnośnie Twojego widoku na zachodzące słońce na pulpicie. Zawsze można wtedy zaszpanować przed współpracownikami i powiedzieć, że to pamiątka z wakacji.-

Fajną stronę, gdzie znajdziesz wiele ciekawych tapet do biura i nie tylko, znajdziesz w sieci pod adresem DlaOczu.pl.

Sportowe życie

No i odbyły się dwie wielkie imprezy sportowe, obie rzutujące na zawartość mediów wszelkiego rodzaju. Obie budzą że tak powiem delikatnie, mieszane uczucia. Pozytywne – dobrze że się skończyły, i negatywne – szkoda, że z takimi wynikami. Na pewno wszyscy, nawet ci teoretycznie niezainteresowani liczyli w skrytości ducha na więcej, tak w mistrzostwach Europy, jak i na olimpiadzie. No nie udało się, trudno, i na nic teraz gromienie w sumie bogu ducha winnych zawodników od kopania, biegania, skakania i innej gimnastyki. Oni chyba dali z siebie tyle, ile mogli w danej chwili, a że za bardzo nie mogli…to albo przeciwnicy byli lepsi, albo – za czym  ja osobiście optuję – nasi menadżerowie byli gorsi. Starczyło przejrzeć gazety sprzed Euro, żeby poczuć, w jakiej atmosferze nasza drużyna przygotowywała się do mistrzostw; trudno być spokojnym w takiej mieszance niekompetencji i zajadłości, jaka odbijała się w prasie i telewizji i pracować nad finezją i techniką, jaka w kopaniu jednak jest wymagana, aby zabłysnąć na murawie, przynajmniej na tym poziomie.

Na olimpiadzie – cóż, koń jaki jest, każdy widzi. Jak w polityce – naobiecywano nam bajki, sukcesy, zwycięstwa i rekordy, skończyło się zaś na kolejnych konfliktach na styku działacze – reszta reprezentacji, nawet ta najbardziej na igrzyskach zasłużona  (celowo nie używam tutaj żadnych nazwisk ani faktów, te już chyba wszyscy zdążyli poznać ). I jak zwykle okazuje się, że najbardziej na sukcesach sportowców dających z siebie wszystko, skorzysta horda działaczy, biorąc w sumie więcej kasy niż wszyscy medaliści razem wzięci, chociaż to oni głównie odpowiadają za błędny tok przygotowań i treningów, bo chyba jednak takowy miał miejsce.

Natomiast – pomimo dość kiepskich w sumie wyników – chwała zawodnikom, że mając nad sobą dość nieciekawych nadzorców, jak dotąd raczej się nie wykoleili, a przynajmniej dotąd o tym raczej nie słyszałem ani nie czytałem. A być może różnie –  często staram się tutaj odwołać do jakiegoś przykładu z przeszłości, dzisiaj zaproponowałbym sytuację z filmu „Sportowe życie”.  Stare dzieło, z lat  bodaj sześćdziesiątych jeszcze, trącące dzisiaj już może myszką jeśli chodzi o stroje, fryzury czy stronę techniczną filmu, ale nadal wciągające sposobem  prowadzenia akcji i aktorów, i zaskakujące wtedy tematyką poruszaną w  nim. Mamy tam więc

sportowca, święcącego lokalne sukcesy, mamy sponsora klubu, jego właściciela, no i mamy narastanie patologicznej deformacji psychiki lokalnej gwiazdy, prowadzące do  nader niewłaściwych  jej zachowań, Jakich? Zapraszam do obejrzenia tego arcydzieła  jednego z ciekawszych reżyserów tamtych lat, Liama Andersona, jest dostępne na portalach filmowych. Naprawdę warto. A po obejrzeniu proponuję rewizję naszego spojrzenia na sport w naszym krajowym wydaniu,