Marzenia zmotoryzowanego!

Samochód nie jest już dzisiaj wyznacznikiem bogactwa, bo od jakiegoś czasu znacznie łatwiej niż kiedyś jest zakupić wozidełko do wożenia czterech liter i tyluż osób przeciętnej rodziny w miarę potrzeb, nawet takie dość luksusowe dla pamiętającego dawne zgrzebne czasy warszaw, syrenek czy trabantów. Astra trzeciej generacji, laguna drugiej czy golf czwórka są w zasięgu ręki co oszczędniejszych osób z posiadaczy przeciętnej polskiej pensji. O czymś tak pospolitym jak Mercedes wersji 123, 126 czy jakoś tak (oj, 126 to chyba było nasze polskie?) lepiej nie wspominać – podobno ilość mercedesów w Polsce była swego czasu równa ilości mercedesów we wszystkich kadeelach* razem wziętych. Ale mniejsza o czasy przeszłe, które wspominać można z nutką nostalgii. Ma być o marzeniach. Te jednak jawią się jakoś mgliście – bo w gruncie rzeczy nasze marzenia o motoryzacji są jakoś dziwnie powiązane z tym, co było i już nie wróci. Motoryzacja to nie tylko piękne samochody i ich używanie, ale całość otaczającej nas rzeczywistości. Ta zaś ciągle jawiła się nam jak za dawnych lat, kiedy wsiadając do syrenki, malucha czy nawet poldka mieliśmy przed sobą szeroką, równą drogę** i od czasu do czasu jakiś samochód z naprzeciwka, a wyjazd nimi na wakacje czy wycieczkę był nobilitacją towarzyską wobec innych, i wybawieniem z tłoku w pociągach i pekaesach dla wsiadających do tych autek. I tak się nam do niedawna wciąż marzyło, pomimo narastającego tłoku na drogach, wzrastającej liczby ograniczeń i fotoradarów, wzrastającej liczby buców na drogach, którzy jeszcze myślą, że posiadanie nowej starej beemki czyni ich ważniejszymi od posiadaczy starej sierry, i nie obowiązują ich podstawowe przepisy ruchu drogowego łącznie z regułą prawej strony, bo oni akurat jadą prosto. Zresztą nie tylko buców, bo bucanki *** są równie częste, a ich tok myślenia jest identyczny. Niestety, to wrażenie wybawienia od kłopotów dnia codziennego i odizolowania od kłopotów to dzisiaj tylko wrażenie, a tak naprawdę to dopiero początek prawdziwej walki o przetrwanie, i na pewno nie ma nic wspólnego z dawnym relaksem za kółkiem. Niepostrzeżenie jazda, która miałaby być dla nas zabawą i przyjemnością, zmieniła się w wysiłek powodujący zwiększone wydzielanie adrenaliny z powodu rozdźwięku pomiędzy oczekiwaniami i rzeczywistością.
Pewnie, tak też dotrzemy do celu, ale jednak dla sporej większości kierowców to niepotrzebne uczucie zwiększonego wysiłku ma się nijak do możliwych do osiągnięcia efektów rozluźnienia i przyjemności. I tu dochodzimy do właściwego opisu marzeń. Drogi równe i szerokie, w dostatecznej ilości, obmyślone i zaprojektowane zgodnie z zasadami logiki i zdrowego rozsądku, w poszanowaniu przyrody i ludzkich siedzib, uzbrojone w odpowiednią ilość radarów, radiowozów, stojących i leżących policjantów, z położeniem nacisku na słowo „odpowiednią”, na drogach opanowani, trzeźwi kierowcy, zważający na przepisy, uprzejmi dla innych kierujących, dostateczna ilość drogowskazów różnej maści, piesi uważający na przejściach, światła na skrzyżowaniach przyjazne dla kierowców i nie zaskakujące ich nagłymi zmianami kolorów… właściwie to nie wiem, czy to marzenia, czy to właściwie możliwy do osiągnięcia stan? Przypomina mi się stary dowcip o sowieckim agitatorze, który usiłuje przekonać stareńkiego Czukczę do komunizmu: Jak już go zbudujemy, wszyscy będą mieli dość chleba i masła na śniadanie, mięsa i ziemniaków na obiad, wszyscy będą mieli gdzie mieszkać, a dzieci będą mogły chodzić do szkoły .- na to Czukcza: O, to będzie zupełnie jak za cara!
No, cara to ostatnio nie mieliśmy, ale podobno lepiej to już było. Myślcie, jak chcecie, ciężko przebić dobre lepszym, a nieliczne braczki, typu kartki na paliwo, jakoś w miarę upływu czasu, a także wzrostu cen, tracą na swej upierdliwości – spory procent kierowców dzisiaj i tak nie tankuje więcej niż wynosił kartkowy przydział. Nie wiem, na ile można sobie pozwolić w marzeniach, ale marzenia o godziwym stosunku cen paliw i zarobków chyba szybują zbyt daleko, pozostanę w sferze marzeń o wygodnej, spokojnej i bezpiecznej podróży, to tak niewiele, a jakże nieosiągalne.

przypisy dla młodszych czytelników czytasie.pl
*KDL – Kraje Demokracji Ludowej – dawna nazwa krajów bloku wschodniego pod nazwą demokracji rozumiano wówczas coś innego niż obecnie; pomijając rozwój technologiczny dla przeciętnego człowieka nie widać większych zmian
**za czasów tzw. późnej komuny polskie drogi wcale nie były takie złe, jak na tamto natężenie ruchu były i równe, i w wystarczających ilościach
***analogia do nowego zjawiska celebrystycznego, nader podobnie rozumującego

Posted in Bez kategorii | Tagged , , , | Komentowanie nie jest możliwe

Reminiscencje – albo wizja solidności

Zniszczyć można wszystko, zarówno rzeczy materialne, jak posągi Buddy zniszczone przez talibów, zdawało by się niezniszczalne, które przetrwały wieki w niezmienionym stanie, albo niematerialne, jak na przykład renomę czegoś, którą budowano przez lata. W tym drugim specjalizujemy się my, Polacy, zwłaszcza przez ostatnie dwadzieścia lat. Nasza najnowsza historia pełna jest takich przykładów. I nie chodzi tutaj o działania naszego państwa, czy też raczej władz, które doprowadziły do utraty budowanych przez lata marek, firm czy chociażby obiegowych opinii o nich. Sami sobie wmawiamy coś, co chcemy usłyszeć, lub dajemy sobie wmówić przez niby opiniotwórcze organy, inaczej mówiąc publikatory, jeszcze inaczej media. Od ładnych paru lat takim obiektem występującym w roli chłopca do bicia jest PKP. Na jego temat wypowiadają się wszyscy, którzy tylko mogą dorwać się do głosu – zarówno dziennikarze, różnego szczebla doradcy i specjaliści branż rozmaitych, mniej i bardziej ważni politycy, jak i przypadkowi osobnicy posiadający dostęp do Internetu chcący akurat wyrażać swoją opinię. Wszystkich ich łączy jedno: niespecjalnie znają się na tym o czym pragną się wypowiadać. Ostatnio taka fala różnego rodzaju opinii, z reguły dość negatywnych, miała miejsce po niedawnej katastrofie w Szczekocinach. Tragedia jaka się tam wydarzyła, musi pobudzać do refleksji, wiadomo, ale przy okazji dochodzi w naszym kraju do głosu rozsądek – nareszcie nie tylko psy wiesza się na kolei, ale usiłuje dociekać prawdziwych przyczyn katastrofy, nie ograniczając jej do niewątpliwej nieodpowiedniej decyzji jednego czy dwóch – nie wskazuję tutaj żadnej możliwości, niech się wypowie w tej sprawie sąd – dyżurnych ruchu. Nie wszyscy jeszcze zachowują umiar w opiniach stosownych do powagi sytuacji, bo łatwiej jest opluwać z pozycji anonimowego internauty, jak to robią niektórzy, ale widać już przebłyski właściwego podejścia do sprawy. Przy tej okazji jak i przy poprzednich, wspomina się z reguły, jaka to wspaniała była kolej przed wojną czy też i po wojnie, ale „za komuny”. Moi drodzy – kolej była i jest wspaniała. To tylko rozbuchały się nasze wymagania i wyobrażenia, często wspomagane dość fałszywym widokiem tego, co za granicą. Chcemy mieć jak najwięcej jak najmniejszym kosztem – a to się niestety mści. Wysoka jakość musi kosztować, i jeśli na kolej nie trafią wreszcie duże pieniądze, rzeczywiście zostanie o kolei tylko zeszargana opinia. Jak na razie istnieją jeszcze w tej firmie- czy też raczej w tym zlepku firm – ludzie, którzy pamiętają jeszcze, że praca na kolei jest powodem do dumy, jednak jeśli będą na codzień stykać się z narastającą bezsilnością, brakami wszystkiego, narastaniem ilości narzucanych na szeregowych pracowników obowiązków bez odpowiedniej do tego rekompensaty, a nawet wręcz arogancji władzy kolejowej, odejdą w końcu i oni, gdzieś za chlebem albo po prostu na emerytury. Ci, którzy jeszcze są, należą – oczywiście ze zdarzającymi się wszędzie wyjątkami – elity, jeśli chodzi o odpowiedzialność za wykonywanie swoich obowiązków, zwłaszcza maszyniści i dyżurni ruchu, bo to są najważniejsze stanowiska narażone na największe ryzyko podejmowania niewłaściwych decyzji. Przykład ? choćby kierowcy TIR-ów- czy większość z nich przestrzega ograniczeń prędkości? Kto jeździ za kółkiem, ten zna odpowiedź. Niesłychanie rzadko natomiast zdarza się, by maszynista jechał szybciej niż mu kolejowe przepisy nakazują, praktycznie – prawie nigdy. Gdyby wszyscy odpowiedzialni za polskie koleje działali równie odpowiedzialnie, być może nie doszłoby do szczekocińskiej tragedii. Na temat PKP czy też tego, co z niej zostało, można by długo, i nie jest to właściwe do tego miejsce, jednak pamiętajmy: to kolejarze pamiętają jeszcze czasy względnej świetności, bo oni ją tworzyli, i oni utrzymują na ile mogą przy życiu jej resztki. Powiem więcej, pomimo wszelkich przeciwności polska kolej zdaje się odradzać, choć jest to proces powolny i długotrwały, i w niektórych regionach odgrywa naprawdę wielką rolę w lokalnych społecznościach, powoli zyskując na znaczeniu właśnie dzięki przetrwaniu i odradzaniu się na nowo dawnej solidności i rzetelności. Każdy jednak płomyk łatwo jest zdusić, pamiętajmy o tym wszyscy.

Posted in Bez kategorii | Komentowanie nie jest możliwe

Chwała bibliotekom!

Książki zawsze towarzyszyły mi w życiu. Jak to z towarzystwem bywa, bywało lepsze i gorsze, ale zawsze ciekawe. Przynajmniej tak się starałem je dobierać, by się z nimi nie nudzić. Zresztą – gdybym się nudził, pewnie wybrałbym sobie inne hobby. Każda książka jednak trwa określoną ilość czasu, liczoną w stronach. Można czytać ją wolniej, można szybciej, można powtarzać pewne fragmenty dla lepszego zrozumienia czy ponapawania się jej fragmentem, ale jednak wcześniej czy później się kończy. Dobrze, jeśli można sięgnąć po ciąg dalszy, częściej jednak nie ma takiej możliwości. No ale cóż, każda praktycznie książka to pojedyncze dzieło sztuki, ociosane przez autora z pnia alfabetu czy języka. Wiadomo zaś, że przeciętnego człeka nie stać na kolekcjonowanie sztuki w zbyt dużej ilości, nie jest on też raczej jej koneserem. Takie jest życie. Kiedyś ktoś z mądrych – nie pomnę teraz kto, powiedział, że tyle razy żyjesz, ile znasz języków obcych. Możliwe, ale można być nieco mniej wymagającym od siebie i raczej powiedzieć, że tyle fragmentów żyć rozmaitych poznałeś, ile książek przeczytałeś. I to wcale nie jest trzecia góralska prawda według księdza Tischnera. Każda przeczytana książka jest odrobiną cudzego życia, które przeżywaliśmy wraz z jej bohaterami, identyfikując się to z tym, to z innym, życia czasami prawdziwego, czasami wymyślonego, a jeszcze innym razem stanowiącego mieszankę tych dwóch opcji. Ile razy nie mogliśmy się oderwać od lektury, z drżeniem kolan czy rąk oczekując rozwiązania napiętej sytuacji? Ile razy byliśmy źli na autora lub przez niego stworzoną postać, której najchętniej byśmy kark skręcili? Albo proponowaliśmy w duchu pozytywnej bohaterce której się nie wiodło, inne, nasze rozwiązanie, albo w duchu tworzyliśmy swoją wersję wydarzeń? Ileż możliwości w wydarzeniach zaklętych w czarne literki!

Książki pozwalają nam przeżyć wydarzenia i sytuacje, w których z reguły niewielu by miało okazję uczestniczyć, bo nie każdy nadaje się na podróżnika po dzikiej Afryce czy mroźnej Arktyce, nie każdy ma na tyle mocne nerwy, by w Indiach na tygrysa zapolować, i nie każdy chciałby się stać jednym z bohaterów powieści George’a Sinemona z racji na zbytnie prawdopodobieństwo zejścia. Nie wspomnę już o ewentualnej podróży w czasie do epoki faraonów czy wręcz przeciwnie, w czasy podboju gwiazd i planet, o których jeszcze nawet naprawdę nie mamy pojęcia że istnieją.

Bogactwo opcji, jakie oferują nam książki, jest naprawdę bogactwem, i niestety posiadanie go na własność nie każdemu jest dane. Mamy jednak do dyspozycji prawdziwe sezamy z zawartymi w nich rzeczywistościami, z których jednak korzystamy  niezbyt tłumnie; w każdym niemal mieście istnieje takie magiczne miejsce, w którym na półkach poukładane są kłębiące się wewnątrz papierowych pudełek pasje, namiętności, historie i baśnie, różnych gatunków, dla każdego wieku, każdych zainteresowań. Bogactwo przeżyć i doświadczeń, bukiety marzeń, pragnień i czarów, zaklęte w czarne literki, i od nas tylko zależy, co z nich potrafimy wyszukać i sobie odtworzyć. Żadna z innych sztuk nie stwarza takiego pola dla rozbuchania wyobraźni, dla wywoływania fantazji i przywoływania zapadłych w umyśle paraleli, jak sztuka literatury. Samo wejście do tej oazy sztuki, jaką jest każda biblioteka, powoduje zmianę nastroju, wzbudza oczekiwanie nadejścia czegoś nowego. Przypomnijcie sobie sami, co czuliście wchodząc za każdym razem do biblioteki, w jej jasne, ciepłe wnętrze, pomiędzy półki obciążone godzinami narracji, otwierające przed wami świat akcji, albo świat wiedzy, i porównajcie to z wyjściem do kina. Tutaj nie chrzęści popcorn, z rzadka ktoś coś powie, a szelest książkowych kartek jest o całe niebo szlachetniejszy od szelestu papierków od cukierków. Ten świat wciąż istnieje i zaprasza, pomimo wszelkich trudności i odniesień do wszechogarniającego wszystko urynkowienia. Dbajmy o niego, bo kiedy jednak czasem go zabraknie, skończy się epoka podboju człowieczeństwa przez człowieka, i nie wiadomo w co wówczas wyewolujemy. Zwielokrotnijmy siebie samych, chodźmy do biblioteki!

Posted in Aktualności | Tagged , , , , | Komentowanie nie jest możliwe

Książki zakazane.

…były, są i będą. W każdym czasie, w każdym kraju, w każdym środowisku ,z różnych powodów.  Organa, które ustalają jakie książki objąć zakazem czytania, bywają różne. Różne też bywają pobudki, z powodu których na indeksy trafiają dzieła intelektu. Czasami bywa dość dziwnie motywowane, jak dla trzeźwo myślącego człowieka, czasami nie. Tutaj nie będę wtrącał się w działania prawdziwej inkwizycji czy różnego rodzaju komisji moralności publicznej, to zbyt rozległy temat, wspomnę jedynie dwa przypadki, kiedy to odczułem osobiście zakaz czytania. Muszę przyznać, że zadziałało u mnie typowo ludzkie poczucie przekory, dzięki któremu jednak Ziemia nie jest oficjalnym środkiem wszechświata. Dziecięciem jeszcze będąc w wieku grubo przedkomunijnym nie przejawiałem zbytniej ochoty do czytania czegoś poza bajkami. Moja rodzicielka postanowiła chyba jakoś temu zaradzić, jako że  uważała, iż czytanie poszerza horyzonty, no i na półeczce jej stolika nocnego wylądowała któregoś dnia książka z biblioteki, gruba, w szarym papierze, i do tego zamiast ładnych kolorowych obrazków miała nieduże, czarno-białe zdjęcia z dzikusami, zupełnie niewspółczesne. Nuda, jak zdążyłem zauważyć po dokonaniu dziecięcego zwiadu na miejscu. Tytuł też był jakiś niezrozumiały – Poślubiłam przygodę – jak można  wziąć ślub z jakąś przygodą? Kilka dni później, gdy książka nadal leżała, rodzicielka uświadomiła mnie, że należy się nią zainteresować, mówiąc, żebym nie ruszał tej książki, bo to książka dla dorosłych. No, nie ma lepszego bodźca dla chłopaka w każdym wieku, niż dowiedzieć się, że coś jest zastrzeżone tylko dla dorosłych. Odtąd każdego dnia, gdy rodzice wędrowali do pracy, każdą wolną chwilę spędzałem na stołeczku przy stoliku, studiując niesamowite przygody Osy Johnson i jej małżonka w egzotycznych krainach, uważając jedynie, by odłożyć książkę dokładnie tak, jak leżała przed powrotem. Starczyło jej na kilka dni, a marzeń o dalekich stronach i przygodach dostarczyła na ładnych parę tygodni. Oprócz tego zapaliła we mnie lont prowadzący do eksplozji nawyku czytania wszystkiego co popadnie. Po kilku latach doprowadziło to do przegięcia pały w drugą stronę, no i znowu odezwała się inkwizycja: ojciec zapakował książki do wielkiego foliowego worka i umieścił je na kaflowym piecu, ograniczając liczbę ksiąg dziennie czy tygodniowo dozwolonych; jakoś dorozumiałem się, że muszę czytywać mniej, za to konkretniej, i zacząłem dobierać książki do czytania staranniej, filtrując pozycje na półkach biblioteki i odsiewając co bardziej infantylne tytuły. Czasami bywało spędzałem przed tymi półkami tyle czasu, że zdążyłem przestudiować prawie całe książki. To pozostało na całe lata – czytać ile się da i gdzie się da, ale zważać na to , co się czyta.  Wiadomo, wszystkiego nie da się przeczytać, co autorzy napiszą, a wydawnictwa wydadzą, jednak dzięki mądrym działaniom moich inkwizytorów dzisiaj sam już potrafię z grubsza określić, jakich i których książek potrzebuję i jakie warto przeczytać. Szkoda, że jak statystyki czytelnictwa dowodzą, bywa ich w naszym życiu niezbyt wielu, i tym bardziej chwała tym, którzy byli i potrafili spełnić swoje zadanie.

Posted in Biografie, pamiętniki, wspomnienia. | Tagged , , , , | Komentowanie nie jest możliwe

Mówiłem paście owieczki moje, a wyście je strzyżecie, czyli owce nie mają wyboru.

Nieco sparafrazowane ortografitti sprzed ładnych paru lat z tytułu dzisiejszego felietonu nasunęło mi się jakoś z pamięci, gdy pomyślałem o dziwnych praktykach dzisiaj stosowanych na rynku wobec konsumenta, tego bezpośredniego, jakim jest klient, i tego pośredniego, jakim są małe podmioty gospodarcze, skazane na korzystanie z usług wielkich i możnych świata gospodarki i finansów. Jakoś cały czas w głowie mam stare, dobre zasady mówiące duży obrót – mały zysk. Dzisiaj obowiązuje zasada „duży obrót – i strzyżemy ile się da”. Również tam, gdzie niby istnieje możliwość obrócenia się konsumenta i nabywcy w innym kierunku, jakoś takoś również ma zastosowanie ta zasada. Bezczelna i  irytująca zdrowo myślących, niby regulowana zasadami wolnego rynku, ale w naszych realiach jakoś nie ma to zastosowania. Nasz krajowy rynek jest zdecydowanie za mały na to, aby w normalnych warunkach funkcjonowania zadziałała funkcja eliminowania zbyt pazernych graczy z rynku. Póki też co jest to wygodne również dla części podmiotów zagranicznych, które również usiłują dużą łyżeczką zajadać z małego, nędznego polskiego tortu, wcale nie kwapiąc się do obniżania cen do poziomu z dużo bogatszych swoich rynków macierzystych. Musi wydarzyć się coś naprawdę wstrząsającego,  żeby  przywołać naszych krajowych  potentatów do porządku i przypomnieć im o – krótko mówiąc – zasadach przyzwoitości. Ostatnio takim wstrząsem była decyzja Googli o przyciągnięciu cugli wybujałym działaniom polskich serwisów wyszukiwawczych, niezgodnym z wymogami światowego giganta  (o dziwo, mającego dość jasne zasady działania, jak dla mnie laika). Co prawda jak na razie nie znalazło to odwzorowania na rynku wewnętrznym, największa polska porównywarka na przykład ustanawia swoje własne zasady strzyżenia…pardon, działania, nie dość że śrubując ceny swoich usług  w miarę wzrostu obrotów zamiast je obniżać, to jeszcze licząc sobie prowizje zupełnie im nienależne. No, ale oni tak mają, bo oni tak sobie postanowili prawem kaduka. Nie inaczej wygląda sprawa banków i ich usług – u nich na przykład słowo „zawsze” oznacza trzy-cztery lata; okazuje się, klient jest skazany na usługi istniejących kilku znaczących banków i płacenie bajońskich kosztów za udzielane kredyty różnego rodzaju. Nie powiem, jest kilka chwalebnych wyjątków na tym polu, ale nie będę robił tu im reklamy- bo a nuż zmieni się im nastawienie. Nie inaczej nastawione jest nasze państwo, i tu pewnie leży pies pogrzebany, no bo przykład z góry idzie. Władze nie tylko centralne nastawiają się na ściąganie danin ze wszystkiego  z czego się tylko da, wskutek czego średniowieczna dziesięcina znana z lekcji historii jako krzywda dla chłopa  zaczyna się jawić się jako bardzo łagodny podatek.  Podatek od deszczu  wprowadzony przez  parę samorządów nie kojarzy się  nam   przecież z nowoczesnością, tylko właśnie ze średniowieczem, a mimo to wzbudza u władz różnego rodzaju pragnienie stanowienia jeszcze paru podatków od….- o zgrozo matrymonialna!!  No, niemniej jednak zaczynają być widoczne pewne zmiany, choć nie zawsze pewnie powodowane niewidzialną ręką rynku. Na przykład z chwilą pojawienia się czwartego operatora telefonii komórkowej jakoś okazało się, że nawet przy niższych cenach detalicznych można robić kokosy – zadziałała tu ta niewidzialna ręka rynku, a może i ręka nieodżałowanej pani Streżyńskiej, chwała jej za to i wdzięczność owieczek  baranów. Tak samo przydało by się, aby coś nowego pojawiło się na niwie bankowości; jeśli nie możemy liczyć na banki zakorzenione zbyt mocno w naszej rzeczywistości, to chętnie bym ujrzał u nas banki oparte na zasadach stosowanych w bankach muzułmańskich – kto chce, niech poszuka informacji na ich temat, tu nie ma tyle miejsca – zupełnie odmiennych od naszych. Na polu internetowych działań gospodarczych też przydałby się jakiś kolejny gracz, który wzbudziłby u pozostałych poczucie zagrożenia. W końcu dojść do opamiętania dobrze by też było dla głównego pasterza, który też zapomina, że owca pyskiem doi (nigdy nie byłem dobry z biologii, ale dziadek rolnik tak twierdził) i że kiedy na pastwisku nie ma już trawy, owca przestaje dawać mleko i porastać wełenką, a gdy bacowie i juhasi czy jak ich tam nazwać pomimo to zaczynają strzyc aż do krwi, to owce albo zdychają z jej upływu, albo się wyrywają im z rąk i uciekają do lepszych pasterzy. Do jednych więc wołamy:  dajcie owcom trawy, a do drugich: nie strzyc ich zbyt mocno, to im dwa razy szybciej wełny przybędzie. Inaczej jak w tytule – owce nie mają wyboru.

Posted in Aktualności, wydarzenia | Tagged , , , , | Komentowanie nie jest możliwe

Książka na osi czasu.

Każdy kiedyś przeczytał jakąś książkę. Nieważne jaką, ani kiedy. Mogła to być lektura szkolna, mógł być Winnetou. I od tego, co nastąpiło później, zależy cała jego dalsza wyobraźnia. W zasadzie wyobraźnia nieskończona, jak przestrzeń w geometrii euklidesowej, jak wiązka prostych, z których każdej odcinek tworzy historia zawarta i opisana w przypisanej jej książce. Bo tak można także interpretować akcję każdej książki. Dla mnie takich prostych było bardzo dużo, w większości pourywanych, zakończonych nagle w czasie jak  akcja jej książki, ostrym i zdecydowanym cięciem, zaznaczającym ostateczny koniec historii, były też proste zakończone małymi pętelkami,  które  dawały do zrozumienia, że to  się dzieje cały czas, dzisiaj,  zawsze, od początku i ponownie i znowu. Były w końcu zakończone jak nitka odgryzana zębami, z  końcem niewyraźnym, niknącym w mikrowłókienkach rozmazujących się w oczach, że nijak było można było ją wprowadzić do igielnego ucha, ale jak nitka jednak zakończone.  I zależało tylko od czytelnika, jego wytrwałości w jego wędrówce po przestrzeni literatury, by kiedyś natrafić na następny odcinek prostej, po której  już  w przeszłości  wędrował.  Im  dalej  od  już  znanego odcinka tej  prostej w czasie, tym wrażenie odnalezienia się w dobrze już znanej przestrzeni było bardziej zaskakujące,  kojące niemal, pozwalało się skupić na akcji książki, bo przecież otoczenie było mu znane. Pierwszy raz takie wrażenie poczułem jeszcze jako dziecko -cioletnie, kiedy to odkryłem taką prawidłowość w cyklu powieści  o przygodach Meliklesa  Greka  i  jego przyjaciół.  Jako  początkujący  czytelnik   nie wiedziałem o istnieniu takowych powiązań i nie zdawałem sobie sprawy z istnienia czegoś takiego jak oś czasu, jednak powoli, w miarę odnajdywania kolejnych pozycji cyklu dochodziłem do tego, że książka A powinna być przeczytana przed książką B, zaś po niej dopiero książki C i D. Tak, że kiedy już doszedłem do czytania Trylogii, mogłem sobie pozwolić na skakanie po jej przynależnej osi czasu – zacząłem od Potopu, poprzez Pana Wołodyjowskiego i skończyłem na Ogniem i mieczem, w pełni świadomie ustawiając sobie odpowiednio następstwa akcji. Poczucie wędrowania poprzez  wiązki  prostych  należnych do  książek  wracało  jeszcze  nieraz,  zwłaszcza w odniesieniu  do  książek całkowicie  niepowiązanych ze sobą, ale z  akcją dziejącą się w tych samych lub podobnych miejscach, znanych z innych książek – czyli krótko mówiąc – wszystkie proste mogą być splątane, mieć punkty wspólne lub styczne. Długo nie mogłem odżałować, że wspaniały Nautilus pojawił się w tak niewłaściwej dla niego sytuacji w Tajemniczej wyspie, no ale jednak się pojawił i zakończył swoją prostą, nie pozostawiając żadnych szans na dalsze przygody.  Mistrzowie pisarskiego fachu potrafią fascynująco zakończyć istnienie swoich jaźni, prowadząc je przez przestrzeń w ukryciu, po czym wyciągając je na wierzch, by w jakiś sposób zaznaczyć  ich trwanie czy – jak Verne zakończył istnienie Nautilusa i kapitana Nemo – zakończyć je.  Dzisiaj panuje jawność, autorzy od razu planują całe cykle książek, serie, części, i  w większości sami zjadają  w  końcu własne ogony, czy też poczynają w piętkę gonić, nie potrafiąc kontynuować dalszego ciągu na poziomie czasami wręcz fenomenalnych początków. Ja sam swego czasu miałem nawet swoisty żal do naszego geniusza, Stanisława Lema, o to, że porzucił pisanie czystego science-fiction na rzecz jakichś bajek, całkiem do mnie nieprzemawiających, ja chciałem akcji!!   Lem również jednak prowadził przez swoją twórczość wiele prostych poszatkowanych na odcinki. I kiedy już zaczynałem rozumieć jego bajki, w miarę dojrzewania i poznawania świata i jego rzeczywistości, Lem znienacka oszołomił mnie i dowiódł swego mistrzostwa, w ostatniej swojej „czystej” powieści science-fiction,  docierając do jednej ze swoich prostych,  którą nazywał Pilotem Pirxem, wyciągając ją z niebytu wielu lat i wieńcząc ją genialnie fajerwerkiem, sięgającym do trzewi naszego humanizmu i mrożącym nam krew w żyłach, jeśli tylko potrafimy sobie wyobrazić możliwą skalę jego następstw.  Żałuję, że nie ma już Lema z nami, bo nadal czuję niedosyt, wiem, że Pirx jeszcze gdzieś tam daleko w przestrzeni istnieje, jego nitka jest nadal tylko postrzępiona, ale już chyba nikt nie potrafi ponownie jej odnaleźć i wprowadzić na nowo do przestrzeni. Pozostaje żal i tęsknota, jakżeż piękna  i przejmująca, za czymś dalekim i nieuchwytnym, niczym rozmazana nitka, co już nie powróci, jak już nie wróci bohater mej młodości, pilot Pirx.

Posted in Bez kategorii, Biografie, pamiętniki, wspomnienia., Podróże, Powieść | Tagged , , , , , | Komentowanie nie jest możliwe

Goniąc etosy czyli jak życie mija

Co to jest etos…Można zapytać czego etos? A właściwie to o co chodzi? Ogólnie rzecz  biorąc  -  jest  to  źródło  natchnienia dla filozofów,  nauczycieli,  pouczycieli i etyków.  Coś, o czym mogą i muszą dyskutować, pouczać i podsuwać do stosowania innym, którzy ich słuchają. Albo powinni słuchać. Coś jak Yeti albo kaloria – wszyscy wiedzą, że istnieją, ale nikt nie widział. Chociaż podobno parę osób widziało Yeti, na targach motoryzacyjnych. Więc zakładam, że wszystkie te pojęcia istnieją, być może są jedynie zbyt mało dokładnie zbadane, omówione, poszukane.  Oprócz Yeti – jak wyżej- są również niepoliczalne, i jako takie świetnie nadają się do wymądrzania. Niemniej jednak muszę przyznać, że o ile  wierzę w istnienie kalorii, bo skutki ich działania odczuwam co nieco, to co do etosu zacząłem od jakiegoś czasu powątpiewać, pomimo bardzo długiego z nim  czy też z nimi kontaktu. Dopiero po kilku  latach  zdołałem sobie umiejscowić na osi czasu pierwszy z nich. Był to czas, kiedy jedyne co łączono z pierwszymi sześcioma literami słowa komputer to był oddział wojska litewskiego czy koronnego. Niemniej wtedy uświadomiono mnie o istnieniu etosu – i po raz pierwszy połączono go z ojczyzną i nauką – w momencie ważnego apelu w liceum po wydarzeniach grudnia 1970, kiedy to pochwalono nas za zachowanie  spokoju  i wybranie  nauki  dla kraju.  G… prawda, myśmy po prostu jak i cały kraj tyle właśnie wiedzieli o tym co się stało na Wybrzeżu. Niemniej- dzięki mimo wszystko światłym i rozważnym pedagogom, to muszę przyznać, a także charyzmatycznej wtedy postaci Gierka, jakoś w części uwierzyliśmy w istnienie yy..etosu nauki no i staraliśmy się z nim jakoś żyć, choć w końcu wyleczyły nas pewne rozbieżności pomiędzy oficjalną linią partii a co bardziej dociekliwym myśleniem. Były to nawet fajne czasy, ale w końcu się skończyły i nastał czas etosu służby… też wspaniałe czasy, obrona ojczyzny itepe, na straży pokoju – niby etos ogromny, ale jakoś blakł w miarę poznawania tajników służby i narastania rozdźwięku pomiędzy tym o czym się mówiło, a co trzeba było robić. Drugi etos robił się coraz mniejszy i mniejszy, aż w końcu wyszliśmy do cywila, i nastał czas etosu pracy. Porwany nim zacząłem pracę w zawodzie nobilitowanym po owym pamiętnym Grudniu, zawodzie stoczniowca. Na pewno praca w stoczni robiła wrażenie na człowieku z interioru,  jej rozmach, przeznaczenie, no i nie powiem że płaca również.  Tutaj etos dość długo utrzymywał się w wysokiej formie, aż nastał czas kolejnego etosu – etosu Solidarności. Tym etosem zachłysnęła się większość.  Okazało się , że etos solidarności  jednak przegrał w końcu z brutalną rzeczywistością, zaś etos pracy zanikł zupełnie w otoczeniu  ludzi tej rzeczywistości, kiedyś tak pięknie o nim mówiących, i już się nie odnalazł. Po latach z podziemia wyszedł jednak etos solidarności, jednak tak długi pobyt tam nie wyszedł mu na dobre, okazał się jednak zupełnie inny, skarlały i jakiś taki nieprzyjemny. Szkoda! Doszukałem się jakoś resztek etosu pracy no i jakoś nam razem szło – tak się mi wydaje z perspektywy …dziestu wspólnych lat. Znaleźli się jednak dość szybko ludzie nie czujący bluesa, czy też nie znający etosu pracy, bo do takich można obecnie zaliczać większość kadry menadżerskiej różnego szczebla, którzy od dwudziestu lat bezczelnie usiłują zniszczyć do końca resztki z trudem odnalezionego przeze mnie i mozolnie odbudowywanego etosiku, i niestety to im się udaje. I nie chodzi może i o ten etos, bo to pewnie tylko wrażenie istnienia czegoś takiego, jak zaczyna mi się wydawać, ale o tą bezczelność,  z jaką niszczą każde zamiłowanie do wykonywanych wspólnie prac we firmach i zakładach, państwowych i prywatnych,  o niszczenie istniejących między ludźmi powiązań w imię dostosowywania ich do twardych zasad  ekonomii,  bez  zważania  na  to,  co tak pięknie tyle razy we mnie i w innych ludziach kiełkowało. Bo przecież oni wiedzą – nie ma czegoś takiego, jak etos, yeti czy kaloria, więc nie trzeba im stwarzać rezerwatów.  Ja tam mówię – dopóki istnieje odpowiednie środowisko naturalne, zawsze może się okazać, że Yeti istnieje. Etos może też.

Posted in Bez kategorii | Tagged , , , | Komentowanie nie jest możliwe

Esperanto. Myśl o wielkości.

Doktor Zamenhof był gorączka wielki – nie wiem, czy Sienkiwicz wyraziłby się o nim tak, jak o Kmicicu. No, może nie gorączka, ale na pewno idealistą wielkim to był. Wielkość jego idei do dzisiaj nie została właściwie zrozumiana, i chyba obecnie maleją szanse na to, aby międzynarodowy sztuczny język bez dodatkowego wsparcia  energiczniej zaznaczyłby swoją obecnośc w świecie. Jego szansa minęła jakiś czas temu, a szkoda. Do dzisiaj z całą pewnością Esperanto pozostaje atrakcyjną alternatywą komunikowania się ludzi pochodzących z różnych stron świata, jednak ze względu na ogromny wzrost znaczenia języka angielskiego związany głównie z rozwojem techniki informatycznej, skazany jest na pozostawanie w cieniu. We właściwym czasie mocniej propagowany miałby szanse zaistnieć właśnie na polu, na którym zdecydowała się jego marginalizacja – ze względu na swoją regularną budowę jak żaden inny język nadawałby się na platformę do komputerowego tłumaczenia pomiędzy różnymi językami. Szansa minęła, rozwinęła się inna technologia, ale nadal  Esperanto  może  stanowić  łącznik pomiędzy   różnymi  światami.  Co prawda

w dzisiejszym wstrząsanym konfliktami i sprzecznościami świecie jest to bardzo utrudnione w porównaniu z w miarę spokojnymi latami 60-tymi czy nawet 70-tymi, niemniej  zalety  tego  języka wciąż  mogą  stanowić  o  jego przyszłym powodzeniu,

a ewentualne rozpowszechnienie pomogło by złagodzić wzajemne animozje między odmiennymi kulturami. Potrzeba by było tylko wsparcia ze strony oficjalnych czynników, także rządowych, by coś drgnęło w jego zastosowaniach. Przede wszystkim – jego neutralność – nie jest językiem narodowym dla żadnej nacji, żaden naród nie jest więc uprzywilejowany poprzez jego zastosowanie na oficjalnych forach. Jakaż oszczędność choćby dla Unii Europejskiej, poprzez zastosowanie Esperanta jako języka oficjalnego, dzięki ograniczeniu liczby tłumaczeń owej przerażającej liczby powstających w Brukseli dokumentów, zmniejszeniu liczby tłumaczy.  Po drugie – wbrew pozorom esperanto jest bardzo popularne w krajach Dalekiego Wschodu, zwłaszcza w szybko rozwijających się Chinach, i w razie czego wolałbym uczyć się Esperanta zamiast chińskiego. Po trzecie – rozwój esperanta jest harmonizowany dzięki istnieniu organu nadzorującego ten rozwój i sankcjonującego rozszerzanie się pojęć – praktycznie każde zjawisko techniki i nauki jest już odwzorowane w esperanto i rozpowszechniane we wszystkich krajach, gdzie istnieją jakieś gremia zajmujące się tym językiem, w jednakowej, uznawanej za prawidłową formie. Nie ma tam kłopotów z międzymordziem jako tłumaczeniem interfejsu. Po czwarte: jakie korzyści odnosili by – w przyszłości, niestety – turyści – to chyba nie trzeba mówić. Owszem, większość  dzisiejszych turystów zna dzisiaj w mniejszym lub większym stopniu angielski, ale do niedawna znajomość angielskiego we Francji nie zawsze bywała skuteczna. W krajach bardziej ościennych w interiorach poza kurortami również bywa różnie z możliwością dogadania się, a kulturowe pozostałości po czasach kolonialnych wskazują czasem na zupełnie inne języki. Polak znający angielski – owszem, istnieje, francuski – rzadziej, ale też się trafi, ale już portugalski, arabski czy ki swahili to już rzadkość, a przecież chcemy wyjeżdżać coraz dalej. Nie chodzi zresztą tutaj tylko o Polaków, kłopoty językowe istnieją w większości krajów.

A dlaczego Esperanto? Sztucznych języków było już parę stworzonych, żaden jednak nawet nie zbliżył się  zasięgiem swojego rozpowszechnienia do dzieła Zamenhofa. Esperanta ludzie uczą się na wszystkich kontynentach – no, nie słyszałem, by używano go na Antarktydzie. Używają go z powodzeniem różne nacje spotykające się na międzynarodowych spotkaniach i kongresach, da się  nim porozumiewać w gremiach dość wyspecjalizowanych, na przykład kolejarze mają swoją sekcję.

Esperantem posługuje się dzisiaj na świecie w mniejszym lub większym stopniu około osiemdziesięciu milionów ludzi, to dwa razy więcej, niż naszym rodzimym językiem. Przy pewnym poparciu naszych polskich władz – bo przecież to z naszego kraju wyszedł ten język w szeroki świat – z pewnością dało by się zwiększyć jego znaczenie w kontaktach międzynarodowych, po przekroczeniu zaś pewnej masy krytycznej dalszy rozwój następowałby samoczynnie. Trzeba tylko dać impuls, który doprowadzi do powstania tej masy. Wiadomo, nie potrwa to pięciu lat, będzie się tlić małym ogieńkiem przez może lat kilkadziesiąt , wymagać będzie podrzucania co jakiś czas do tego ogieńka odpowiednich papierków czy drewienek, ale w końcu jako naród twórcy Esperanta mamy wręcz moralny obowiązek podsycania tego ogienka.

Uczmy się Esperanta!

Posted in Bez kategorii | Komentowanie nie jest możliwe

Być hobbystą…

…każdy może. Jeśli tylko chce. Człowiek jest z natury leniwy  i w większości  przypadków nie chce wcale podejmować wysiłku wiekszego, niż to naturalne. Niemniej jako istota niewątpliwie inteligentna jest podatny na bodźce pochodzące ze środowiska, w jakim przyszło mu żyć. Co bardziej życzliwie nastawione jednostki są ze swej natury również bardziej łatwowierne i podatne na manipulacje ze strony chcących wykorzystać w sumie naturalną chęć posiadania czegoś niezwyklego – bo w sumie o to chodzi każdemu hobbyście. Trzeba być bardzo odpornym na sugestie typu „kup, miej, zdobądź, zbuduj, nabądź, najlepiej u mnie”, i podchodzić  podejrzliwie do podobnych propozycji, zwłaszcza, że technika tego rodzaju sugestii i reklam ostatnio gęsto się sypiących jest w gruncie rzeczy jednakowa i polega na skuszeniu możliwie dużej ilości naiwnych superniską ceną pierwszego elementu, potem zaś śrubowaniu jej coraz to wyżej, do poziomu przekraczającego granice rozsądku. Większość nabywców wymięknie, ale część będzie ładować środki płatnicze przez nawet kilka lat, zanim skompletuje wymarzony obiekt – czasem mogliby nabyć gotowy za dużo niższą cenę. Nie powiem, na początku w mojej rodzince również daliśmy się na to nabrać, ale było to w nieco innych czasach, kiedy ładna książka dla dzieci dopiero wchodziła na rynek. Babcia zafundowała wnukom piękne wydanie mającej się ukazywać kolejno serii Wielki Rajd Dookoła Świata. Całkiem ładna kolekcja, każdy tom miał na grzbiecie wielką, siedmiocentymetrową literę,  by w całośći wyszedł tytuł serii,  ale pary wydawcom starczyło na pierwsze siedem literek. Po  długiej przerwie i protestach wk..ch rodziców serię dokończono, ale nie były to już wielkie, pojedyncze litery, lecz malutkie, cichutkie literki zbiorowo ułożone na dwóch czy trzech książeczkach. Dosłownie było słychać, jak para uszła z gwizdka.  Podobnie dzieje się o ile wiem z kolejnymi cyklami wydawniczymi, głośno i energicznie zapowiadanymi w mediach: model żaglowca, czołg Tygrys, transatlantyk tudzież innymi. Pytanie jedynie – czy można nazwać hobbystą kogoś, kto nagle rozpoczyna swoją przygodę ze zbieractwem od podawanych na tacy przez lata gotowych elementów jednego przedmiotu? Nijak to się ma do tworzenia kolekcji zasługującej na pochwalenie się przed takimi samymi maniakami – w końcu jak by wyglądało spotkanie hobbystów czołgu tygrys, dziesięciu posiadaczy takiego samego, czy mieliby dyskutować o kształcie jednakowych gąsienic? czy wymieniać się identycznymi lufami? Co za różnica w możliwościach w porównaniu ze zbieraniem, poszukiwaniem i wymienianiem się choćby kartami telefonicznymi, zapałczanymi etykietami, tworzeniem zorganizowanej kolekcji pocztówek czy widokówek, że nie wspomnę o znaczkach pocztowych.  Wyższą sztuką hobbystyki jest niewątpliwie własnoręczne tworzenie obiektów swoich zbiorów, i  jeśli ktoś przez parę miesięcy składa model kartonowy holownika Koral, to zasługuje na miano hobbysty, nawet, jeśli może trudno go nazwać z powodu braku zdolności manualnych modelarzem.

Jeżeli ktoś w kartonach przechowuje  kilkaset tekturowych podstawków pod piwo, również jest hobbystą, niekoniecznie napoju chmielowego. Jeśli jednak ktoś przez cztery miesiące czeka na dostarczenie gotowego dolnego pokładu trójmasztowca, to raczej jest posiadaczem nadmiaru gotówki, do wydania której został namówiony dość skuteczną reklamą. Zbieranie jakiejkolwiek kolekcji ma sens, jeśli pozostawia pole wyboru zbieraczowi, inaczej zbieracz staje się tylko dojną krową, skazaną na jeden gatunek trawy. Jest gorzej, jeżeli ten gatunek trawy ni z tego ni z owego się kończy i zbieraczowi pozostaje znaleźć sobie następny obiekt do wzdychania, płacenia i wyczekiwania na następny element. Nie dajmy się zwariować – pozostańmy przy zbieraniu z sensem, i kolekcjonowaniu z rozsądkiem. To my jesteśmy hobbystami i zbieraczami, nie producenci chcący być dojarzami.

Posted in Bez kategorii | Tagged , | Komentowanie nie jest możliwe

Fotelik babuni

Lata całe temu, przez szacunek dla siebie samego nie powiem ile, przechodziłem piękny okres pierwszych książek. Rodzice nie mieli ze mną dużo kłopotu, jeśli chodzi o bajki, nie musieli mi czytać, jako że bardzo szybko przyswoiłem sobie tę sztukę i pochłaniałem bajki z serii „Poczytaj mi Mamo” gdziekolwiek bywałem – jakoś tak się wtedy składało w latach początków największego wyżu demograficznego, że w każdym domu gdzie mieliśmy okazję przebywać, pełno było kilkuletnich drobnoustrojów, z reguły nieco młodszych, i pełno bajek, które przypadało mi czytać tym młodszym, którzy nie zaposiadli jeszcze owej trudnej sztuki. Kilka z  nich szczególnie zapadło mi w pamięć, i muszę z przyjemnością stwierdzić, że do dzisiaj są na topie. Ale – szybko poczęła mnie denerwować ich długość – były stanowczo za krótkie. Pamiętam – początkowo radziłem sobie z tym, że studiowałem uważnie towarzyszące tekstom obrazki, później zmyślałem słuchającym młokosom dalszy ciąg czytanych im bajeczek, ale zawsze pozostawał mi jakiś niedosyt. W którymś momencie w końcu przestałem zwracać na bajki uwagi. Z opowieści starszego pokolenia wiem, że ktoś w końcu o to zapytał, no i otrzymał odpowiedź, że są za krótkie i  wszystko już przeczytałem. I wtedy zaczęła się prawdziwa przygoda z Bajką. W prezencie na jakąś okazję dostałem Prawdziwą Książkę: wielka, gruba, w sztywnej okładce, nie to co te bajeczki dotąd. Tytuł pamiętam do dziś, chociaż już …dziesiąt lat minęło: Ogród Bajki. Nie wiem, ile miała stron, i czy rzeczywiście była taka ogromna, ale dla pięciolatka to było TO. Na tej książce nauczyłem się smakować czytanie. Rzuciłem się na nią jak głodny na deser – poświęciłem chyba pół dnia i przeczytałem z drobnymi przerwami na posiłki. Tylko – zbyt wiele z niej nie zrozumiałem. I wtedy z pomocą przyszła mi BABCIA. Taka prawdziwa, jakich dzisiaj nie ma za wiele. Może nie była wtedy zbyt wiekowa, ale z całą pewnością na babcię  wyglądała: w grubej, długiej spódnicy, sama też dość gruba, w okularach, siadywała we fotelu – czy też składanej amerykance, otulała nogi kocem, brała mnie wraz z książką  na kolana i zaczynaliśmy przerabiać kolejne niezrozumiałe sytuacje. Dowiedziałem się co nieco o zasadach rządzących bajkami, że nie zawsze w życiu jest to co w bajce i w bajce to co w życiu, że bajki można wymyślać, przeżywać, ale to nie jest prawdziwe życie, no i przy okazji dowiedziałem się też, co robi się w ogrodzie i po co,  bo tamże działa się akcja.  Akcji nie pamiętam, ale do dzisiaj pamiętam atmosferę  tajemnicy, która nie  rozwiewa  się przede mną  w  miarę Babci wyjaśnień i tłumaczeń, ale która mnie wciąga do siebie – a może jednak istnieją takie mówiące kwiaty czy coś takiego, i ja to znajdę? – i ciepło z Babci koca, i smak biszkopcików, które się jakoś zjawiały w jej kieszeni. Nie wiem, co stał się z tą książką, ale była jedną z ważniejszych w moim życiu. Dziękuję Ci Babciu!

Posted in Biografie, pamiętniki, wspomnienia., Dla dzieci | Tagged , , | Komentowanie nie jest możliwe